Informacje jakie napływają z Cupertino wydają się być jednoznaczne: to koniec ery iPodów. We wrześniu wycofano ze sprzedaży legendarnego Classica, a w październiku poinformowano, że w raportach kwartalnych, odtwarzacze będą prezentowane wspólnie z innymi produktami w kategorii „inne urządzenia”. To definitywnie pokazuje, że firma nie wiąże już przyszłości z tą kategorią sprzętów. Czy dało się uniknąć tego stanu rzeczy? I czy iPody mogły znaleźć się jeszcze w kieszeniach milionów osób?
Użytkownikiem Apple jestem stosunkowo od niedawna, bo pierwszy produkt tej firmy trafił w moje ręce dopiero w 2011 roku. Jednakże przez ten czas miałem okazję sprawdzić całą masę produktów tej firmy, w wielu się zakochać i z wieloma się rozstać. Na własność miałem dwa iPody, a sprawdzałem wszystkie jakie dostępne są w ofercie Apple. I oceniając je, zawsze stwierdzałem, że… w tych urządzeniach jest potencjał, którego Tim Cook chyba nie chce odkryć.
Zacznę od pierwszego iPoda, jaki trafił w moje ręce. Był nim piękny Classic, dysponujący ogromnym 160GB dyskiem, zamkniętym w kompaktowej obudowie i zasilanym bardzo wydajną baterią. Gdy w 2012 roku trafił w moje ręce, był bardzo użytecznym urządzeniem – mogłem przechowywać na nim całą bibliotekę muzyczną, wszystkie podcasty, teledyski, a nigdy nie zająłem nawet połowy dostępnego w nim miejsca. To było niezwykłe, bo gdy nagle przypomniałem sobie o dowolnej piosence, którą miałem wgraną na komputerze, zawsze mogłem szybko odsłuchać ją w iPodzie. Z czasem jednak klasyczny dysk zaczął mi w nim bardziej przeszkadzać niż służyć – bardzo nieodporny na upadki i gwałtowne ruchy, sprawiał, że bałem się z nim biegać, jeździć na rowerze, a przez to nie mogłem słuchać z niego muzyki w wielu sytuacjach. Rozwiązanie tej sytuacji nasuwa się samo – użyć dysku SSD. Dziś takie z 250GB przestrzenią, kosztują mniej niż 160GB pamięci, w momencie gdy ten trafiał do sprzedaży. Taki iPod byłby wspaniałym rozwiązaniem dla melomanów mających dziesiątki gigabajtów muzyki i lubiących słuchać jej wszędzie. Jednocześnie odporny na upadki dysk sprawiłby, że nawet intensywne ćwiczenia z urządzeniem nie wyrządziłby mu żadnych szkód.
Kolejnym iPodem, który trafił w moje ręce był malutki Shuffle. Po nieodpornym na sport Classicu, ten wydał się marzeniem, bo jest wręcz stworzony do wykorzystywania w takich warunkach. Można go obsługiwać zupełnie bezwzrokowo (bo nie ma żadnego wyświetlacza), co pozwala korzystać z niego nawet w trakcie biegu czy jazdy rowerem. Niestety, szybko zrozumiałem, że… nawet moja ograniczona do ulubionych utworów biblioteka w iPhone, zajmuje więcej przestrzeni niż cała pojemność w iPodzie. Dlatego przed każdym wyjściem stale synchronizowałem inne kawałki, aby móc posłuchać najlepszej muzyki. Świetnym rozwiązaniem tej sytuacji, byłaby opcja… synchronizacji z iPhone lub z iPadem. Gdybym mógł przerzucać na Shuffle muzykę wprost z telefonu, nie byłbym uzależniony od komputera i wgranie nowych utworów będąc nawet w trakcie biegu, nie stanowiłoby problemu. A wciąż miałbym urządzenie, którym mogę sterować nie odrywając się od codziennych zajęć.
Ostatnim iPodem, w którym tkwi naprawdę wielki potencjał jest Nano. Testując go, natknąłem się na wiele ciekawych opcji, których nie ma żadne inne urządzenie Apple. Myślę m.in. o inteligentnym radiu, czy wygodnym interface. Co ważne całe możliwości tego urządzenia, zostały zamknięte w naprawdę miniaturowym urządzeniu z 2,5 calowym ekranem. Istotnym aspektem jest także fakt, iż to niewielkie urządzenie, było także niezwykle cienkie, dzięki czemu transportowanie go np. w portfelu nie stanowi żadnego problemu. Niestety, jak dla mnie jedyna wersja z 16GB pamięcią, była dalece niewystarczająca. Marzyłbym, aby nie musieć się już ograniczać do ulubionych piosenek, a jak za czasów Classica, wybrać opcję „synchronizuj wszystko” w iTunes. Abym mógł to zrobić musiałbym mieć jednak co najmniej 32GB wersję. Choć oczywiście najchętniej wybrałbym edycję z 64GB dyskiem, która wystarczyłaby mi na jeszcze dużej.
2,5 calowy ekran w Nano miał naprawdę wielki potencjał. Używając go, wielokrotnie odczuwałem, że ograniczanie go do opcji, w które wyposażyło go Apple jest wielkim marnotrawieniem tego zasobu. Gdyby Tim Cook pozwolił tworzyć dodatkowe aplikacje, z pewnością wielu programistów wykorzystałoby jego potencjał jeszcze lepiej. Można by przecież poprzez bluetooth korzystać z internetu w telefonie, a za jego pomocą np. ze zbiorów Spotify? Albo przynajmniej sprawdzać pocztę i newsy w portalach społecznościowych.
Bardzo możliwe, że gdyby Tim Cook zdecydował się poszerzyć iPody o dodatkowe opcje, wciąż nie musiałby ukrywać ich sprzedaży w kategorii „pozostałych urządzeń”. Ja wciąż wierzę w urządzenia przeznaczone do jednego celu… o ile tylko wykonują go dużo lepiej, niż te uniwersalne, jak na przykład iPhone. I tak naprawdę Apple mogło takie zrobić. Niestety Tim Cook postawił na coś nowego. Dziś cała nadzieja zdaje się spoczywać w iWatchu. To czy będzie on w stanie zastąpić linię iPodów przekonamy się dopiero w przyszłym roku…