W ostatnich dniach Komisja Europejska przyjęła rozporządzenie, na mocy którego od kwietnia 2018 roku, wszystkie nowo wyprodukowane samochody w UE będą musiały być wyposażone w system automatycznego powiadamiania o wypadkach drogowych. Po zaistnieniu zagrożenia, nowe auta będą automatycznie wysyłać wiadomość do służb ratunkowych z dokładną informacją o lokalizacji, rodzaju stosowanego w pojeździe paliwa, czy czasie zaistniałego zdarzenia. A to tylko jeden z wielu przykładów, jak dla bezpieczeństwa pozbawiamy się wolności. Tylko… czy to ma sens?
Giganci IT w nieustannym tempie odbierają nam naszą prywatność, by dać nam w zamian różnorakie udogodnienia. Nikogo już nie dziwi fakt, że nawet najtańsze smartfony, mają nieustannie włączonego GPS’a i stale wysyłają do sieci informacje o zmianie naszego położenia. Dzięki temu w przypadku zgubienia lub też kradzieży znacznie łatwiej jest odzyskać swoją własność. Dla naszej wygody, w coraz to nowszych urządzeniach, stale aktywny jest także mikrofon, co pozwala wywołać asystenta głosowego, bez dotykania smartfona. Samochody także wyposażane są w system śledzenia GPS, dzięki czemu ich właściciel może z bazy, obserwować jego aktualne położenie i np. to, czy pracownik w godzinach pracy, nie załatwia prywatnych spraw. Czemu zatem rozporządzenie Parlamentu Europejskiego, mającej wprowadzić eCall do wszystkich samochodów, budzi u mnie tyle kontrowersji?
Obecny styl życia, połączony z zacieraniem się granic pomiędzy państwami, zmusza wielu z nas do nieustannego przemieszczania się. Dzięki powstaniu sieci dróg szybkiego ruchu i konkurencji na rynku transportu publicznego, nikogo nie dziwi już fakt, że osoby studiujące np. w Warszawie wracają na każdy weekend kilkaset kilometrów do domu. Niestety, pomimo starań policji i innych organizacji, na drogach wciąż giną tysiące osób rocznie. Statystyki mówią, że wypadki drogowe są główną przyczyną śmierci osób młodych. I aby maksymalnie skrócić czas od powstania wypadku drogowego do przyjazdu karetki i pozostałych służb ratunkowych, powstał eCall, który w newralgicznym momencie, automatycznie wyśle sygnał z prośbą o pomoc.
Założenia tego systemu naprawdę są imponujące. Ma być on powiązany z wieloma układami w samochodzie, m.in. aktywatorem poduszek powietrznych. Gdy one wybuchną, centrum ratunkowe otrzyma wiadomość z dokładną lokalizacją właściciela, informacjami o pojeździe tak, by odpowiednio dobrać pomoc, jaką należy udzielić poszkodowanym. To ważne, bo przy dobrej realizacji, ograniczy liczbę fałszywych interwencji, oraz tych, w których umierają ludzie, przez niedostateczne wyposażenie członków ekip ratowniczych przybyłych na miejsce wypadku. Najważniejszym efektem będzie oczywiście skrócenie czasu oczekiwania na przyjazd karetki; teraz będzie mogła wyruszyć z bazy już parę chwil po nieszczęśliwym zdarzeniu.
W tej kwestii jestem pełen podziwu dla tej technologii. Niestety, zdecydowanie więcej wątpliwości mam do sposobu, w jaki jest ona wprowadzana. Spodziewałbym się, że będzie ona elementem prestiżowym w nowych samochodach, będącym jednym z czynników, zachęcających do wymiany pojazdu na nowy. Unia Europejska postanowiła rozwiązać tę sprawę inaczej i wprowadziła obowiązek instalowania eCalla we wszystkich autach od 2018 roku. Tym samym niezależnie od tego, czy chcemy, czy też nie, z tego rozwiązania będziemy musieli korzystać.
eCall to system bardzo złożony, a jednym z najważniejszych jego czołowych elementów jest precyzyjne ustalenie naszej lokalizacji. Wykorzystuje on do tego narzędzia nawet dokładniejsze niż amerykański GPS, jak chociażby rosyjski GLONASS. Jak łatwo się domyślić, powiadamianie po wypadku musi odbywać się automatycznie, bez zgody właściciela pojazdu. Tym samym o wiele trudniej będzie uniknąć przybycia policji, nawet jeśli kolizja w rzeczywistości jest mniej poważna, niż uzna to ratownik pootrzymaniu informacji o zdarzeniu. Nikt nie jest w stanie zagwarantować, że poza sygnałem wysyłanym w momencie wypadku, nie będą wysyłane też inne, w celu np. obserwowania ruchu na drodze. Jednocześnie śledzenie konkretnego pojazdu albo odtwarzanie jego dawnych lokalizacji będzie prostsze niż kiedykolwiek.
I dlatego jestem przeciwnikiem tego systemu. O ile w sytuacji, gdy nie chcę być śledzony, mogę wyłączyć w smartfonie nawigację, o tyle eCall będzie zawsze gotowy do przesyłania mojego położenia. To technologia, która nie dość, że ogranicza moją prywatność, to jeszcze nie daje mi nad sobą żadnej kontroli. A to bardzo niebezpieczne.
Jestem osobą, której daleko do pesymisty, ale przyglądając się zmianom w obecnym społeczeństwie obawiam się, że po pozytywnym przycięciu eCalla przez użytkowników aut, politycy mogą pójść o kolejny krok dalej i np. wprowadzić w nim mechanizm do zdalnego wyłączania zapłonu. Argumentując to walką z złodziejami samochodów albo piratami drogowymi, mogą dać policji mechanizm, aby zatrzymać nagle każdy pojazd. A to będzie już kompletne pozbawienie nas wolności, jaką jest możliwość nieograniczonego poruszania się. Chociaż, prawdpodobnie policja nigdy wykorzysta przeciwko nam tego narzędzia, to już sam fakt, że może to zrobić, poważnie naruszyłby moje poczucie niezależności.
Ci, którzy rezygnują z Wolności w imię odrobiny tymczasowego bezpieczeństwa, nie zasługują na żadne z nich — powiedział Benjamin Franklin, w państwie, zbudowanym właśnie na fundamencie wolności. Dziś zarówno my, obywatele starego kontynentu, jak i amerykanie, poddajemy się coraz większej kontroli, która tłumaczona jest właśnie naszym bezpieczeństwem. Zgadzamy się na rolę dzieci państwa, nad którymi to kraj ma sprawować opiekę, zamiast być samodzielnymi obywatelami, którzy dbają nie tylko o siebie, ale i o kraj. Rezygnując z wolności, tracimy kontrolę nad własnym życiem i pozwalamy, by sterował nim ktoś inny.
Abstrachując od samych idei, mam kilka wątpliwości od strony technicznej. Domyślam się, że eCall będzie korzystał z samochodowej instalacji elektrycznej, która nie jest bezawaryjna. I o ile w przypadku mojego obecnego samochodu, w momencie awarii alternatora, byłem w stanie (łamiąc co prawda prawo, jadąc z wyłączonymi światłami) dojechać do serwisu, to działający w trybie czuwania eCall, może jeszcze szybciej pozbawić mnie prądu. Inna sprawa to fakt, co z osobami, które kupią samochód w 2017 czy na początku 2018 roku, jeszcze bez zainstalowanego eCalla? Czy w przypadku wypadku drogowego, w którym uczestniczyć będą tylko one, może okazać się, że nikt nie wezwie do nich pomocy, uznając, że zrobi to powszechny w nowszych autach już eCall? Albo co w przypadku, gdy po prostu mechanizm ten ulegnie awarii? W momencie wypadku drogowego uszkadza się wiele części w samochodzie, a trudno zagwarantować, by ta jedna pozostała w tej sytuacji nienaruszona. To wcale nie jest błahe pytanie, bo dziś odruchem po zauważeniu wypadku jest wezwanie pomocy, a potem samodzielne ratowanie rannych. W niedalekiej przyszłości, gdy eCall spowszednieje, może się okazać, że będziemy od razu przechodzić do drugiej fazy, licząc, że pomoc przyjedzie. Choć wcale tak nie musi być.
Dlatego chciałbym, aby eCall był systemem dobrowolnym, z którego mogę, ale nie muszę korzystać. Wtedy chętnie korzystałbym z tego narzędzia, wiedząc, że w sytuacji ekstremalnej mogę go wyłączyć. Jestem przekonany, że wtedy społeczeństwo nie zrezygnowałoby z telefonowania na pogotowie, a jednocześnie pozostawiłoby w moich rękach możliwość kontroli nad tym, czy chcę być szpiegowany. Niemożliwy stałby się także scenariusz, który wykorzystywałby ten system do uniemożliwiania dalszej jazdy.
Niestety wygląda na to, że politycy nie pytając nas o opinie, wprowadzą przymus korzystania z tego rozwiązania. Pozostawiając wiele pytań zarówno tych ze strony technicznej, jak i tych ideologicznych bez odpowiedzi. No cóż, nasza wolność pozostanie w rękach elektronicznych majsterkowiczów, którzy z pewnością znajdą sposoby, by obejść ten przymus.
Tylko czy to właśnie celem takich majsterkowiczów w niedalekiej przyszłości będzie zmaganie się o naszą wolność?